środa, 19 sierpnia 2015

Niedzielny obiad w stylu Jamiego Olivera

Moją ulubioną rozrywką ,,kanapową'' to oglądanie programów kulinarnych. Każdy ma jakiegoś telewizyjnego ,,bzika'', ja mimowolnie zasiadając przed TV poszukuję zawsze jakiegoś show kulinarnego. Uwielbiam nasze rodzime programy ,,Makłowicz w Podróży'', ,,Okrasa łamie przepisy'', ,,Ewa gotuje'', ,,Jakubiak lokalnie'', ,,Jakubiak sezonowo'', itp.... Jednakże na pierwszym miejscu nieodzownie pozostaje Nigella i Jamie Oliver. Jamie to nie tylko kucharz, to człowiek o wielkim sercu, który za cel wyznaczył sobie pomóc ludziom lepiej zrozumieć istotę pożywienia. W sferze moich marzeń do realizacji to zakup wszystkich jego książek dotychczas wydanych. Na razie przeglądałam je tylko w księgarni ale od samego patrzenia można przeżyć kulinarną ekstazę.  Moja przygoda z jego programami rozpoczęła się od Nagiego Szefa (ale był wtedy młody:)), potem prawdziwe emocje budziły we mnie jego programy o Fifteen- gdzie przy współudziale swojej fundacji pomagał naprawdę potrzebującym młodym Brytyjczykom podjąć pracę personelu w jego restauracji. Ogromną dawkę wiedzy o domowym sposobie przyrządzania brytyjskich dań można było zasięgnąć z cyklu programów Jamie w domu. Prawdziwy szok wywołały programy o żywieniu brytyjskich i amerykańskich dzieci w szkolnych stołówkach. Pod hasłem FOOD REVOLUTION, Jamie chciał pokazać ludziom jak niewielkim nakładem czasu, sił i gotówki można przyrządzać łatwe i zbilansowane domowe obiady. Już po tym co napisałam w paru zdaniach widać, że jest to człowiek orkiestra, któremu bardzo zależy na edukacji ludzi, opornych na wszelkie romanse z kuchnią czy gotowaniem. Fenomenem w tematyce programów kulinarnych okazały się serie 30 minut Jamiego i trochę mniej udane (w mojej ocenie ) 15 minut Jamiego. W nawiązaniu do tego pierwszego tytułu przygotowałam uroczysty, niedzielny obiad. Przygotowanie go zajmuje właśnie 30 minut (plus kolejne 30 na dokładne upieczenie kurczaka). Przepis jest banalny, a to co w tym czasie powstaje zasługuje na owacje na stojąco- to cytat moich zadowolonych degustatorów.
P.S. ja z całego obiadu nie zjadłam tylko mięsa- z wiadomych przyczyn:)

Roladki z kurczaka nadziewane szpinakiem, kasza jaglana, orzechowy sos i orzeźwiająca sałatka 


Roladki:

- podwójna pierś z kurczaka
- opakowanie mrożonego szpinaku
- pół opakowania mozzarelli minis
- przyprawy do szpinaku: pół łyżeczki octu jabłkowego, 2 ząbki czosnku, szczypta gałki muszkatołowej, odrobina cukru brązowego, łyżeczka masła- nabieramy łyżeczką masło
- 1 duży pomidor lub 2 małe
- odrobina masła do wysmarowania naczynia

Wykonanie:
Rozgrzewamy piekarnik do 200C, naczynie żaroodporne smarujemy cieniutko masłem, na dnie układamy plasterki pomidora.
Szpinak rozmrażamy wcześniej lub od razu poprzez powolne podgrzewanie (ważne żeby cała woda ze szpinaku odparowała). Z doświadczenia- polecam szpinak zamrożony w porcjach, a nie w bloku, ponieważ ma zdecydowanie mniej wody. Gdy cała woda odparuje przyprawiamy czosnkiem, solą, octem-zachowa piękny kolor, cukrem, gałką. Wyłączamy grzanie i dodajemy masło. Piersi z kurczaka przecinamy wzdłuż na cienkie filety, lub żeby było prościej rozbijamy je tłuczkiem i dzielimy na mniejsze porcje możliwe do zawinięcia. Każdy filet solimy i pieprzymy, pośrodku umieszczamy dwie, trzy kuleczki mozzarelli, następnie przez cały filet rozprowadzamy porcję szpinaku i rolujemy. Nie muszą być idealne, nie trzeba ich też niczym związywać. Takie ruloniki, sakiewki, układamy we wcześniej przygotowanym naczyniu żaroodpornym, przykrywamy przykrywką lub folią alu- po nakłuwaną w paru miejscach i pieczemy około 30 minut.
Jeżeli pozostanie wam szpinak, ułóżcie jego porcje pomiędzy roladkami i oprószcie mozzarellą.

200 gramów kaszy jęczmiennej gotujemy według instrukcji na opakowaniu

Sos:

-garść orzechów włoskich
- kieliszek białego wina
- czerwona cebula
- garść posiekanej pietruszki
- pieprz grubo mielony, odrobina soli i cukru brązowego

Orzechy, wino i cebulę gotujemy około 10minut, solimy i cukrzymy. Wyłączamy gaz, dodajemy pietruszkę i blendujemy. Powstaje coś na rodzaj pasty (pyszna do makaronu jako pesto) i na sam koniec mocno pieprzymy- możecie użyć pieprzu młotkowanego.

Sałatka:

- kilka liści sałaty masłowej
- 5 cieniutko pokrojonych pieczarek ( jeżeli nie macie mandoliny, to bardzo drobno je pokrójcie)
- kawałek papryki konserwowej pokrojonej na cieniutkie paski
- 2 ogórki gruntowe pokrojone tak samo jak pieczarki
Sos: użyłam mojej nagrody od Monini:)













Alternatywa: 6 łyżek oliwy, 2 łyżki aceto balsamico, odrobina cukru i soli.

Sałatę, pieczarki, ogórki i paprykę mieszamy w misce, mieszamy z dressingiem.

Sposób podania:




W razie pytań śmiało piszcie, pomogę:) 

wtorek, 28 lipca 2015

Domowe mleko- wydoić ziarna i orzechy

Unikam spożywania zwierzęcego mleka od prawie dwóch lat, z małymi wyjątkami o których zaraz napiszę. Powód? Uważam, że to dostępne w sklepach jest niepijalne, a poprzez proces produkcji nie ma za wiele wspólnego z prawdziwym wiejskim mlekiem. Poza tym, odkryłam ,że to mleko mi po prostu szkodzi. Ale po kolei...  Jako dziecko miałam skazę białkową, która objawiała się uczuleniem występującym po zjedzeniu produktów mlecznych. Skaza wraz z wiekiem przeminęła. Borykałam się tylko z jednym problemem dotyczącym nabiału- nie mogłam, w sumie dalej nie mogę,  jeść śmietany poddanej obróbce termicznej- np podgrzanej w zupie czy sosie. Mój żołądek po niej dosłownie umiera, a ja razem z nim. Podobne objawy zaobserwowałam jakiś czas temu po piciu mleka zwierzęcego. Dopiero na podstawie własnych obserwacji i doświadczeń zrozumiałam, że przyczyna leży w mleku. Mój brzuch po kawie z mlekiem był wzdęty, napięty, bolący, a jelita nie wytrzymywały takiego obciążenia. Jedna kawka z mlekiem potrafiła rozbić cały mój dzień....  Na dzień dzisiejszy zrezygnowałam w zupełności z mleka zwierzęcego, jedynym odstępstwem jest serek wiejski, który w niewielkich ilościach spożywam i od którego chyba jestem uzależniona.....Planuję za jakiś czas i jego odstawić na rzecz produktów 100% roślinnych. Wracając do tematu mleka, z ogólnodostępnych źródeł naukowych dowiedziałam się, że przyczyną moich żołądkowych problemów może być brak enzymu do trawienia laktozy-cukru znajdującego się w większości produktów mlecznych. Jeżeli kiedykolwiek spróbujecie mleka bez laktozy to zrozumiecie dlaczego wybrałam produkty roślinne. Nie wdając się w szczegóły-jedno, wielkie FUJ. Półki sklepowe uginają się ostatnio od  roślinnych napojów mlecznych, w różnych kombinacjach: migdałowe, sojowe, ryżowe. Muszę przyznać, że ogromną niespodzianką i pozytywnym zaskoczeniem był wybór ,,mlecznych'' dodatków na tegorocznych greckich wakacjach. W bufecie śniadaniowym do wyboru były oprócz wspomnianych bezlaktozowych, mleko migdałowe, sojowe i owsiane. Każde z nich było pyszne, w sam raz do przełamania goryczki porannej kawki. Ale, ale, poczytajcie sobie składy niektórych dostępnych produktów, gdzie znów producenci pchają niepotrzebne dodatki i ulepszacze- i to w najlepszym przypadku np.cukier. Cena takiego ,,tworu'' też potrafi zaskoczyć, niestety negatywnie.... 
Nie pozostaje zatem nic innego jak przeszukanie internetu i własne próby uzyskania mleka z roślin.
Natchniona poniższą grafiką (może się wam przyda, znalazłam to w Google): 



oraz blogiem http://dietetycznie-w-kuchni.blogspot.com/, zrobiłam prawdziwe domowe mleko owsiane. Skład: owies, woda, cynamon. Cena? Cena w zależności od ceny płatków:)

Domowe mleko owsiane:

- 5 bardzo dużych kopiastych łyżek płatków owsianych górskich
- 200ml wrzątku
- 700ml wody
- szczypta cynamonu

Wykonanie:

Płatki zalewam wrzątkiem i odstawiam na około godzinę pod przykryciem. Po tym czasie blenduję je w wysokim naczyniu z zimną wodą i cyanmonem- przyznaję, że ja to robię w Thermomixie. Otrzymany płyn przeciskam przez gazę do garnka, a następnie przelewam do butelki. Trwałość to około 2-3 dni. W smaku jest fantastyczne, a konsystencją jest zdecydowanie dużo bardziej gęste niż mleka roślinne ze sklepu... Spróbujcie tej i innych kombinacji. Warto czasem zaszaleć, pokombinować, znaleźć swój smak. Ja następnym razem spróbuję dodać więcej korzennych przypraw i bakalii.



czwartek, 23 lipca 2015

Taka wygrana smakuje najbardziej- cytrusowe orzeźwienie prostego, warzywnego obiadu

Przyszło mi się cieszyć z wygranej w Facebookowym konkursie zorganizowanym przez Monini oraz Whirpool Akademia Kulinarna. W przesyłce znalazłam cztery butelki nowych vinegretów, które wprowadziło Monini: Vinaigrette Pomodori Secchi (suszone pomidory), Cipolla e Scalogno (cebula i szalotka), Classica z octem balsamicznym z Modeny, Arancia e Lime  (pomarańcza i limonka).  Wszystkie są na bazie oryginalnej oliwy Monini (fenomenalnej, moim zdaniem) oraz naturalnych składnikach. Bardzo mi się to podoba i muszę przyznać, że widząc te buteleczki i ich skład od razu miałam ochotę wszystkich spróbować.
Z racji panujących od kilku dni tropikalnych upałów, nie miałam ochoty na nic specjalnie wymyślnego i czasochłonnego. Poza tym, tego akurat dnia zakupiłam na ulubionym straganie młode ziemniaczki, malinówki, ogórki gruntowe i soczystą sałatę lodową. Początkowo myślałam o dwóch opcjach- standard- młode ziemniaczki z kefirem lub standard II- sałatka ,,grecka''. Po tym jak ujrzałam przesyłkę przyszedł pomysł na cytrusowe orzeźwienie tych standardów. Szybko obrałam ziemniaczki-niezbyt dokładnie, i po 15 minutach cieszyłam się pysznym obiadem.

Obiadowa sałatka na upały z cytrusową nutą:

- ćwierć główki sałaty lodowej
- 2 pomidory malionowe
- 2-3 ogórki gruntowe
- pół świeżej cebuli
- parę sztuk ugotowanych ziemniaków młodych
Vinaigrette Arancia e Lime od Monini
- tymianek świeży lub suszony

Wykonanie:

W międzyczasie gdy gotują się ziemniaki, kroimy sałatę lodową na mniejsze kawałki, pomidory oraz ogórki. Cebulę kroimy na cienkie pióra. Wszystko układamy w miseczce, polewamy vinegretem, na górze układamy ugotowane ziemniaki i posypujemy tymiankiem.
Jako dodatek proponuję jajko sadzone, lub zupełnie nic:)


środa, 22 lipca 2015

Sycący wegański sos do makaronu-posmakuje nawet mięsożercy

Szybki post dla bardzo głodnego człowieka. Praktycznie dla każdego- od wszystkożercy po osoby na diecie wegańskiej, wegetariańskiej, bezlaktozowej, bezglutenowej. Wystarczy wybrać ulubiony makaron- nie bójcie się eksperymentować. Do tego sosu bardzo dobrze pasuje makaron orkiszowy lub żytni ciemny- oba mają charakterystyczny posmak idealnie komponujący się z lekką słodkością sosu. Dodatkowym aspektem jest znacznie wyższa wartość odżywcza takiego makaronu od tego tradycyjnego z białej mąki. Bezglutenowcy powinni wybrać adresowany do nich makaron ze znakiem przekreślonego kłosa:


Podstawowym składnikiem sosu są pomidory- w sezonie najlepiej żeby to były świeże pomidory, a podczas gdy mamy do takich ograniczony dostęp dajemy te z puszki. I tu was uczulam- czytajcie etykiety takich pomidorów, gdyż na niektórych oprócz pomidorów, soku z pomidorów i kwasu cytrynowego, ewentualnie soli, znajduje się nikomu niepotrzebny cukier, cała litania nieznanych nam ulepszaczy lub co gorsza mój ,,ulubieniec''-syrop glukozowo-fruktozowy. O wspaniałym i niespotykanym smaku naszego sosu decydować będzie kolejny składnik- ziarna słonecznika. Istna skarbnica witaminy E oraz witamin z grupy B, wysoka zawartość białka oraz magnezu, miedzi i selenu. Zwracam tylko uwagę na jedną rzecz- kupujemy słonecznik nieprażony i niesolony.
Ogólnie przepis jest banalnie prosty i szybki ale jest jeden kruczek- JAKOŚĆ! Jeżeli nie będziemy oszukiwali samych siebie i naprawdę zainwestujemy w produkty naturalne, nieulepszane, certyfikowane, to danie nabierze prawdziwych walorów smakowych i zdrowotnych. Studząc głosy pieniaczy, że to ,,takie drogie'', odpowiadam: to nie jest drogie, tylko wymaga trudu przeczytania etykiet..... Często nie zwracamy uwagi na to co głodni, bezmyślnie wrzucamy do koszyka. Droższa okazać może się oliwa ale i na to jest sposób- tłoczony na zimno nasz olej rzepakowy-tzw. oliwa północy... Szczerze polecam.

Pomidorowy sos bez gotowania:

- pół puszki pomidorów lub 2-3 świeże i obrane pomidory
- garść słonecznika uprażonego na brązowo na patelni
- ząbek czosnku
- 3 duże łyżki oliwy
- sól, pieprz, 1/3 łyżeczki brązowego cukru, odrobina suszonej bazylii

Wykonanie:

Makaron gotujemy wg. przepisu na opakowaniu lub według własnych preferencji.
W blenderze miksujemy wszystkie składniki sosu (zostawcie parę ziarenek słonecznika do posypania gotowego dania), w razie potrzeby doprawiając odpowiednio solą, pieprzem i cukrem. Wylewamy sos na patelnię, podgrzewamy i mieszamy z ugotowaną porcją ulubionego makaronu. Dekorujemy świeżą bazylią, odłożonymi pestkami i odrobiną oliwy.


wtorek, 21 lipca 2015

Co zabrać do pracy na drugie śniadanie? odc.3

Moje ulubione sałatkowe połączenie- burak i ciecierzyca. Proste i pyszne! Jeżeli chcielibyśmy ,,przyspieszyć'' proces przygotowania, polecam ciecierzycę w puszce z firmy Bonduelle, ponieważ jest ona gotowana na parze, co pozwala na korzystanie w pełni z dobrodziejstw, jakie ta roślina niesie dla naszego zdrowia:)
Tak właśnie wygląda ten produkt i szczerze go polecam. Osobiście wypróbowałam- cieciorka jest jędrna, nie ma charakterystycznego dla innych puszek, dziwnego posmaku.

Jednakże, najlepiej ugotować cieciorkę samemu- ze względów zarówno ekonomicznych jak i smakowych. Bezwzględnie należy ją uprzednio namoczyć ok 10-12h. Wsypujemy ok 200g suchej cieciorki do większego garnka i zalewamy wodą do całej jego objętości. Po upływie 10-12h, odlewamy wodę, nalewamy świeżej i gotujemy na wolnym ogniu do miękkości- ok 30min. Odcedzamy, przykrywamy całkowicie przykrywką na dodatkowe 10min i gotowe. Bardzo proste, a zapewniam, że równie pyszne.
Cieciorka jest skarbnicą białka, potasu oraz kwasu foliowego. Wspomaga odchudzanie poprzez wysoką zawartość błonnika. Poleca się ją także cukrzykom, ze względu na niski indeks glikemiczny. Jest kilka wyjątkowo smacznych połączeń dla cieciorki, ale ja zdecydowanie mam swojego faworyta i jest to burak+cieciorka.
Zazwyczaj tą przekąskę przygotowuję wieczorem- dzień wcześniej moczę ciecierzycę przez ok 12-14 godzin, gotuję jak wyżej. Średniej wielkości buraki dokładnie myję i owijam każdego osobno w folię aluminiową. Takie pakunki piekę w piekarniku około 30-40 min w temperaturze 215 stopni, termoobieg. Zostawiam w piecu do rana, odwijam, obieram i wkrajam do sałatki. (Upieczone buraki są słodsze i bardziej soczyste od gotowanych. Przygotujcie chociaż raz je w ten sposób! ) Rano, przed pracą łączę buraki i ciecierzycę, zalewam dressingiem i wcinam w pracy.
Jeżeli mam lenia, i wyjątkowo nie chce mi się piec buraków, to zdradzam sekret na ominięcie tego- zapakowane próżniowo buraki w Lidlu na stoisku warzywnym- bez chemii, ugotowane i obrane, słodkie i soczyste:) Sprawdzają się, gdy nie mamy czasu albo ochoty na pieczenie surowych.

Buraczki z ciecierzycą

- 100 g ugotowanej cieciorki
- 3 duże upieczone i obrane buraki
- garść posiekanej natki pietruszki

Dressing:
- 2 łyżki oliwy extra virgin
- łyżka balsamico
- pół łyżeczki miodu lub brązowego cukru
- szczypta soli i pieprzu
Wszystkie składniki dressingu energicznie mieszamy i polewamy sałatkę.

Wykonanie:

Buraki kroimy według uznania- na cieniutkie plasterki lub w kostkę, dodajemy cieciorkę i polewamy sosem. Wszystko posypujemy pietruszką. Najlepiej smakuje po paru godzinach, kiedy ,,przejdzie'' smakiem dressingu.


piątek, 10 lipca 2015

Chłodnikowe love z Andaluzji

W przeciwieństwie do mojej drugiej połowy, uwielbiam zupy na zimno. Chłodnik z botwinki, ogórków czy właśnie z pomidorów, obojętne właściwie z czego, byle nie na słodko.... Latem, kiedy stragany uginają się od soczyście czerwonych pomidorów (moje najukochańsze to lima), lokalnych ogórków, botwinek, zieleniny- JESTEM W RAJU. Ta pora roku może trwać dla mnie nieprzerwanie. Nie przeszkadza mi panujący skwar oraz niemożność włączenia piekarnika. Jestem tak ciepłolubna, że piekarnik odpalam nawet przy 30-sto stopniowym upale:) Za to dziś mam propozycję dla tych, którzy aż tak ciepłolubni nie są. Szybkie danie, które możemy przygotować przed wyjściem do pracy a popołudniu wystarczy tylko wyciągnąć z lodówki. Do tego jego korzenie sięgają Hiszpańskiej Andaluzji, co może mieć znaczenie, kiedy w wakacje pracujemy, a o dalekich podróżach tylko marzymy.....Właśnie dlatego kocham gotować, bo smakiem możemy wszędzie zawędrować! Kilka uwag do przepisu, co ułatwi przygotowania. Zawsze wybieram do gotowania bardzo dojrzałe pomidory, takie niechciane i pomarszczone, które Pan/Pani na targu sprzeda taniej. Moim typem nr 1 jest Lima- to taka podłużna odmiana, przypominająca jajo. Zalety w kuchni: smak, mało soku, łatwo schodzi skórka.... Ma mało pestek więc nie trzeba się ich pozbywać z naszego andaluzyjskiego chłodnika. Papryka- też stawiam na krajową białą, lekko gorzką. Ta goryczka tylko doda świeżości. W moim przepisie używam chleba żytniego- jeżeli jest świeży, dorzucamy go od razu do reszty składników, natomiast, przy czerstwym polecam namoczyć go chwilę pod bieżącą wodą. Ten przepis jest prosty ale niesie za sobą jedną ważną lekcję- jakość składników odpowiada za finalny efekt. Wybierzcie nasze krajowe warzywa z targu, a nie pożałujecie.

Chłodnik pomidorowy- Gazpacho

- kilogram bardzo dojrzałych mięsistych pomidorów
- biała polska papryka
- duża świeża cebula
- ząbek świeżego czosnku  (można pominąć)
- 3-4 małe ogórki gruntowe
- pół cytryny
- 2 kromki chleba żytniego
- 2 łyżki dobrej oliwy
- przyprawy: cukier (około 1-2 łyżeczek), sól, pieprz, papryka słodka, chilli
Opcjonalnie można dać pół pęczka świeżej kolendry- super podkręci smak

- do podania: prażony sezam, guacamole, feta, pokrojone świeże zielone ogórki z oliwą i cytryną, różne prażone pestki- co kto lubi, łyżeczka dobrej oliwy na wykończenie dania

Wykonanie:

Pomidory sparzamy i obieramy ze skóry. Z papryki usuwamy gniazdo nasienne i kroimy ją na mniejsze kawałki, to samo robimy z cebulą i nieobranymi ogórkami. Wszystko wrzucamy do blendera lub miski w której będziemy blendować. Dodajemy obrany ząbek czosnku, kawałki chleba, oliwę, sok z cytryny i ewentualnie świeżą kolendrę. Przyprawiamy- to musimy trochę zrobić ,,na oko''- sól, pieprz, cukier- na początku, tyle ile napisałam w składnikach, ale jeśli będzie za mało to dodajemy trochę więcej cukru lub soli. Wszystko blendujemy na gładką masę i schładzamy minimum 3-4 godziny. Ja swój chłodnik podałam z prażonym sezamem ale możliwości dodatków są nieskończone więc eksperymentujcie ze smakami i teksturami.


piątek, 3 lipca 2015

Czekoladowy deser bez wyrzeczeń

Dziś w roli głównej czekolada! A raczej coś co czekoladę może skutecznie zastąpić podczas stosowania diety odchudzającej. Każdy z nas ma chwile słabości, kiedy pokusa zjedzenia czegoś słodkiego jest na tyle silna, że nie można o niczym innym myśleć. Uważam, że nie ma w tym nic złego, przecież ,,nic co ludzkie nie jest mi obce''.... Jednakże, warto zadbać o to żeby nasza pokusa odżywiła zarówno nasz umysł jak i ciało. Moja propozycja to ekspresowy deser, czyli to co najbardziej lubię- mało przygotowań, duży efekt. W roli głównej: awokado.
Awokado to prawdziwy skarb. Jego zastosowania w kuchni są nieograniczone- można stosować zamiast masła do chleba, wystarczy tylko obrać i rozgnieść widelcem. Fenomenalne jest połączenie awokado, cytryny, kolendry i soli morskiej. Fantastycznie wzbogaca każdą sałatkę o nowe tekstury i smak. Na śniadanie możemy zapiec w nim jajo, a na deser możemy właśnie wymieszać je z kakao i bananem tworząc niebanalny mus.
W kwestii wartości odżywczych jest prawdziwą bombą witaminową, zawiera likopen, potas, witaminy C, A, E, luteinę oraz kwas foliowy. To wszystko w towarzystwie dobroczynnego kwasu oleinowego, który chroni nasze serce i sprzyja przyswajalności pozostałych witamin i składników odżywczych. Zdrowe i pyszne, czyli do dzieła!

,,Czekoladowy'' mus z awokado

- jedna sztuka awokado- ważne żeby było miękkie, jeżeli takie nie jest, przyspieszamy jego dojrzewanie kładąc je na kilka dni w sąsiedztwie bananów
- pół banana
- słodzidło ( ja nie potrzebuję, ale może komuś być za mało słodkie)- pół łyżeczki miodu, syrop daktylowy lub parę sztuk daktyli moczonych we wrzątku min 30min i zblendowanych)
- 3 łyżeczki niskotłuszczowego kakao (tego prawdziwego:)) lub zamiennie karobu
- obrana soczysta pomarańcza
- łyżka uprażonej dynii, posiekanych migdałów, żurawiny, jagód goi- czego dusza zapragnie-można każdy składnik zamienić na ulubione bakalie i krojone orzechy

Wykonanie:

Obieramy awokado: kroimy wzdłuż przez cały owoc. Chwytamy rękoma za obie polówki i obracamy wokół pestki, w przypadku dojrzałego owocu jest to bardzo łatwe. Pestkę wyciągamy poprzez wbicie w nią ostrego noża i obróceniu nim kilka razy. Miąższ wydrążamy łyżeczką.
Do miseczki z awokado dodajemy banana, kakao i opcjonalnie słodzdło. Blendujemy na bardzo gładką masę. Obraną pomarańcz kroimy w dużą kostkę i zaczynamy układanie naszej kompozycji. W przeźroczystej, wysokiej szklance lub pucharku układamy naprzemiennie czekoladową warstwę, kawałki pomarańczy i posypkę z bakalii i orzechów. Co najmniej dwie warstwy, kończąc kolorowymi bakaliami i orzechami. Chłodzimy w lodówce ok 30 min (jeśli wytrzymacie:)).
Smacznego!



czwartek, 2 lipca 2015

Co zabrać do pracy na drugie śniadanie? odc.2

Ciąg dalszy mojego przewodnika. Bardzo przepraszam za te czasowe ,,obsuwy'', ale żeby móc codziennie zamieścić posta, musiałabym wydłużyć dobę o jakieś 10 godzin..... Ten czas, a raczej jego brak to jest coś okropnego w życiu chyba każdego człowieka. Wieczna gonitwa, rozpisany plan dnia... Czy wy też tak macie, czy tylko dla mnie 24 godziny to zdecydowanie za mało? Jak w takich czasach racjonalnie się odżywiać??? Jak najprościej. Wystarczy dobra organizacja własnego czasu. Na przykład w przypadku dzisiejszego przepisu na wynos do pracy- wieczorem idziemy się kąpać, wstawiamy soczewicę. Wychodzimy z łazienki, soczewica dochodzi, kroimy warzywa. I teraz: albo przygotowujemy też dressing, a rano wszystko tylko mieszamy i podgrzewamy w trakcie szykowania się do wyjścia albo opcja 2: wszystko przygotowujemy wieczorem, rano zalewamy dressingiem i zabieramy ze sobą. Dzisiejsze danie to właśnie danie, które można zaplanować logistycznie, jest fantastyczne zarówno na zimno, jak i na ciepło.
Ta kompozycja sprawdzi się idealnie dla osób trenujących- ponieważ zielona soczewica zawiera spore (ok 25g/100g) ilości łatwo przyswajalnego białka, do tego delikatny niskotłuszczowy wędzony na gorąco pstrąg i spora ilość doładowania w formie warzyw. Sałatka, którą dziś proponuję jest znakomita dla osób dbających o figurę, odchudzających się, gdyż soczewica ma niski indeks glikemiczny, a co za tym idzie zapewnia poczucie sytości na dłużej bez zbędnego obciążenia naszego układu trawiennego. Dodatki w postaci warzy i wędzonej ryby, nie są smażone, tylko duszone, a jedyny tłuszcz z ,,zewnątrz'' będzie pochodził z tłoczonej na zimno oliwy w dressingu (można zastąpić olejem rzepakowym).

Warzywne leczo z soczewicą i wędzonym na gorąco pstrągiem

- pół szklanki soczewicy
- szklanka wody
- kieliszek białego wina (można zastąpić wodą z łyżeczką octu jabłkowego)
- pół cukinii
- mała cebula czerwona
- 2 małe pomidory
- papryka czerwona
- 100 g pstrąga wędzonego na gorąco
- szczypta brązowego cukru i łyżeczka sosu rybnego (można pominąć)

Dressing: dwie łyżki oliwy wymieszane z solą, pieprzem i sokiem z połowy cytryny oraz szczyptą brązowego cukru.

Wykonanie:

Soczewicę wrzucamy do garnka, zalewamy wodą i solimy. Gotujemy pod przykrywką do wchłonięcia płynu, ok.15 min. Kroimy warzywa: cukinię na plastry (ze skórą!), cebulę w piórka, paprykę i pomidory w grubą kostkę. Wszystko wrzucamy do ugotowanej soczewicy, zalewamy winem, posypujemy cukrem i dodajemy sos rybny. Dusimy około 15-20 min. z uchyloną przykrywką na garnku. Następnie wszystko przekładamy do lunchboxu lub innego naczynia, polewamy dressingiem i dokładnie mieszamy. Na górze układamy kawałki pstrąga.
Smaczengo!


piątek, 26 czerwca 2015

Co zabrać do pracy na drugie śniadanie? odc.1

Zamierzam na blogu wprowadzić cykliczne porady na przekąsek, które możemy zabrać ze sobą w ramach drugiego śniadania lub lunchu. Dokąd? Tam, gdzie nas poprowadzi... Będą przydatne w pracy, podczas weekendowych wypraw, po treningu. Niektóre pomysły sprawdzą się też jako propozycje śniadaniowe czy kolacyjne w domu, a nawet będą mogły nas uratować podczas układania menu dla gości.
Podstawowym kryterium zamieszczania przepisów będzie czas i łatwość przygotowania. Z racji tego, że nie jadam pieczywa, będą to raczej lekkie zakąski bez chleba.
Dziś prezentuję łódeczki twarogowe z wędzonym łososiem. Po raz pierwszy podobne łódeczki jadłam u cioci M., które niezwykle mi smakowały. Ja wzbogaciłam je o domowy sos zbliżony do tradycyjnego vinegrette z dużą ilością koperku. Uwielbiam koperek za jego wyjątkowy aromat, a w połączeniu z rybą i cytryną tworzy niezwykłe trio. Do tego chrupiąca sałata rzymska, pełniąca rolę pieczywa i odżywczy biały ser. Przekąska idealna:)

Łódeczki serowe w wędzonym łososiem


Dressing

- duża łyżka musztardy z ziarenkami gorczycy np Francuska firmy Kamis
- sok z jednej dużej cytryny
- pół łyżeczki brązowego cukru
- 4 łyżki oliwy
- pęczek posiekanego koperku + kilka gałązek do przybrania

Wykonanie:

Wszystkie składniki energicznie mieszamy w miseczce, na samym końcu dodając koperek. W konsystencji ma być dość zwarty, nie lejący się za mocno

Łódeczki

- główka małej sałaty rzymskiej, jeżeli takiej nie mamy to liść tej dużej dzielimy na mniejsze 2-3 kawałki
- twaróg w zależności od preferencji chudy lub półtłusty
- łosoś wędzony w plastrach

Wykonanie:

Na półmisku lub od razu w pojemniku rozkładamy liście salaty rzymskiej. Na każdym liściu układamy plaster twarogu- około centymetrowy, tak aby przykryć cały liść sałaty. Na każdej serowej łódeczce umieszczamy łyżeczkę dressingu koperkowego i przykrywamy plasterkiem wędzonego łososia. Dekorujemy koperkiem i plasterkami cytryny, zamykamy pojemnik i w drogę!

P.S. najlepiej smakują schłodzone jeżeli chcemy je przygotowywać na posiedzenie stacjonarne.



środa, 24 czerwca 2015

Dietetyczne ciastka bez wyrzutów sumienia

Bardzo przywiązuję uwagę do tego co jem. Na co dzień unikam pieczywa, makaronów, mięsa oraz wysoko przetworzonej żywności. Jestem maniakiem czytania etykiet, czasami potrafię spędzić w sklepie 3 godziny przy półkach sklepowych. Dlaczego? Bo producenci robią nas najnormalniej w świecie w przysłowiowego capa.... Myślą, że jak napiszą fit, błonnik, bez cukru, bez konserwantów, tylko naturalne składniki, to każdy wrzuci ich produkt do koszyka. Przeraża mnie ilość syfu, która jest nam proponowana do spożycia pod przykrywką odżywczego pokarmu dla ciała. Ja osobiście wyznaję prostą zasadę- jestem tym czym jem. Właśnie poprzez tą zasadę dobieram codzienne menu. Nikogo nie oceniam, nikomu nic nie narzucam ale jak patrzę na swoich znajomych pochłaniających różne przekąski na towarzyskich spotkaniach to ogarnia mnie żal...... A już najgorszym jest to, z jaką łatwością wcinają właśnie ,,zdrowe'' ciasteczka czy inne wysoko przetworzone przekąski z napisem fitness:D
Postanowiłam trochę zreaktywować bloga pod tym względem. Będę zamieszczać tu własne przepisy i wskazówki jakich pułapek należy unikać właśnie przy codziennych zakupach. Zamierzam wykorzystać swoją wiedzę na temat żywności tradycyjnej, ekologicznej i lokalnej, tak aby moim czytelnikom przekazać coś interesującego i mogącego wpłynąć na ich zdrowie.

A tym czasem to tylko plany, a w rzeczywistości tu i teraz- przepis na najlepsze niechemiczne ciasteczka dla prawdziwych łakomczuchów:) Idealne dla każdego, także dla bezglutenowców, jeżeli dobierzecie płatki z odpowiednim certyfikatem przekreślonego kłosa!


Pyszne bananowe ciasteczka mocy

- 2-3 bardzo dojrzałe banany- maksymalnie czarne
- garść płatków owsianych
- garść płatków jaglanych lub amarantusa ekspandowanego lub innych płatków
- sok z połowy cytryny
- 2 łyżeczki siemienia lnianego mielonego
- pół łyżeczki cynamonu
- ulubione bakalie i orzechy: morele suszone, daktyle, figi, żurawina, pestki dyni, słonecznik łuskany, posiekane migdały, posiekane orzechy włoskie, laskowe, itp. Generalnie bakalii ma być około 1-2 garści. Bakalie dobierzcie pod względem miękkości- warto wymieszać te chrupiące z miękkimi dla zróżnicowania tekstury:)

Wykonanie:

Banany obieramy, wrzucamy do miski i rozgniatamy widelcem na papkę. Można w tym celu użyć również blendera. Dodajemy płatki, siemię, cynamon i mieszamy. Skrapiamy sokiem z połowy cytryny. Do masy dodajemy ulubione posiekane bakalie- nie trzeba kupować tych najdroższych- można dać np tylko słonecznik i daktyle albo śliwkę suszoną (czytamy skład- bez konserwantów, czyli bez siarki!!! i bez syropu glukozowego czy glukozowo-frutkozowego). Wszystko energicznie mieszamy i najważniejsze- masa ma być przed upieczeniem zwarta, czyli dać się nakładać łyżką na blachę. Jeżeli tak nie jest to dodajemy bakalii lub płatków.

Na blaszce wyłożonej pergaminem nakładamy porcje ciastek, delikatnie je rozpłaszczając. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180C, bez termoobiegu. Czas- do zezłocenia ciastek, ok 25-30min.

 Ważne: ciastka ściągamy z blachy po całkowitym ostygnięciu, gdyż początkowo są bardzo miękkie.
Masz trudności z wykonaniem? Pytaj! Chętnie pomogę:)




wtorek, 31 marca 2015

Rybna sałatka na kolację lub lunch

Od pewnego czasu nie jem mięsa, jednakże ryby to moja prawdziwa przyjaźń. Ich podstawową zaletą jest duża zawartość łatwo przyswajalnego białka oraz zdrowych tłuszczy niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania naszego organizmu. To właśnie wielonienasycone kwasy tłuszczowe z rodziny omega-3 wspomagają pracę naszego mózgu oraz systemu nerwowego.


,,Od tego, czy systematycznie uzupełniamy poziom kwasów omega-3, w dużym stopniu zależy sprawność myślenia, rozumienia, zapamiętywania, a nawet kreatywność przez całe nasze życie. Osoby, które jedzą dużo ryb, w starszym wieku wyróżniają się bystrością umysłu, rzadziej też zapadają na chorobę Alzheimera oraz demencję.''

http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/zasady-zywienia/kwasy-omega-3-wyjatkowy-budulec-naszych-komorek_35586.html

W zrównoważonej diecie każdego człowieka powinien występować balans pomiędzy kwasami omega-6 i omega-3 (maksymalna proporcja to 5-6:1). Nadmiar obecności omega-6 zabija korzystne działanie omega-3. Nasz organizm staje się bardziej podatny na alergie, stany zapalne, czy nawet depresje.... Dlatego tak ważnym aspektem jest włączanie ryb do diety każdego małego i dorosłego człowieka.

Dorsz, bo dziś w przepisie występować będzie właśnie ta ryba, charakteryzuje się niską zawartością tłuszczu- poniżej 1g/100g, kalorii 80kcal/100g. I co najważniejsze zawiera ok 18g białka- łatwo przyswajalnego i pełnowartościowego.  Tyle z wiedzy naukowej. Polędwica z dorsza jest przepyszną rybą, a ja podam wam najłatwiejszy, najsamaczniejszy i na pewno zdrowy sposób na przyrządzenie każdej ryby do 500g wagi:) Złota zasada, którą stosuję- pieczemy w sakiewce w folii aluminiowej (koniecznie żaroodpornej) 20 min, 200 stopni na termoobiegu. Gwarantuję efekt wow! Mięso będzie soczyste, ścięte i bardzo delikatnie. Niezastąpione przyprawy do ryby to sól, pieprz, czosnek, pietruszka/koperek i oczywiście sok z cytryny! Do tego dorzucamy malutki kawałek masła i gotowe. Oczywiście dodatki są dowolne ale czytajcie skład gotowych przypraw, gdyż często zawierają dodatki chemiczne. Warto do takiej gotowej sakiewki wlać np. odrobinę białego wina....

Rybna sałatka na lunch 

- garść liści roszponki
- 1/4 główki sałaty lodowej lub innej chrupkiej-np. rzymskiej
- 1 pomidor
- 1/2 papryki
- 1 ugotowany lub upieczony burak
- łyżka uprażonych ziaren słonecznika lub dynii
- polędwica z dorsza atlantyckiego o wadze 250-350g
- przyprawy do ryby: ząbek czosnku, pół pęczka koperku, sok z połówki cytryny, sól morska, pieprz, kawałeczek masła
- dressing: łyżeczka musztardy, soki z sakiewki po upieczeniu ryby, odrobina cukru

Wykonanie:

Rybę przyprawiamy, skrapiamy sokiem z cytryny, dodajemy masło, przeciskamy na nią czosnek, posypujemy koperkiem. Tak przygotowaną polędwicę zawijamy w sakiewkę z folii aluminiowej, tak aby w środku zostało trochę wolnej przestrzeni. Pieczemy w 200 stopniach na termoobiegu przez 20 min. W przypadku standardowego piekarnika bez tej opcji będzie 220 stopni przez 20min. W międzyczasie do głębokiego talerza wykładamy roszponkę, pokrojoną sałatę lodową, pomidora, paprykę oraz buraka. Posypujemy uprażonymi pestkami słonecznika lub dynii. Po upieczeniu ryby soki z sakiewki zlewamy do miseczki, dodajemy musztardę oraz odrobinę cukru. Energicznie mieszamy wszystkie składniki dressingu i polewamy nim warzywa. Na szczycie umieszczamy polędwicę i gotowe!
Smacznego!


piątek, 13 marca 2015

Tiramisu

Klasyka klasyki. Czy ktoś może nie kochać połączenia tłustego, jedwabistego mascarpone, żółtek i słodkich biszkoptów, przełamanych mocnym espresso? Osobiście nie znam takiej osoby. W końcu Tiramisu oznacza ,,unieś mnie", i tego właśnie odmówić sie nie da. Na wszystkie okazje, romantyczne kolacje, zajadanie smutków, spotkanie z przyjaciółmi- idealne uniesienie:) Jest jednak pewne ,,ale". Jak to bywa w przypadku prostych dań, których nie da się zepsuć, istotną rolę odgrywa tu jakość. I nie mówię o jakości miksera, chociaż marzy mi się kitchen aid w wydaniu Wonder Woman😀 mówię o jakości składników..... Jeżeli zabieramy się za ten deser, zainwestujmy w oryginalne, tluste i niechemiczne mascarpone. Niech to nie będzie jakaś tandetna podróba, próbująca w ładnym opakowaniu zastąpić smak tego niepowtarzalnego sera. Nie umiejszając innym Narodom-Włosi to jednak potrafią stworzyć delicje... Kupcie duże, wiejskie jaja z pięknie żółtymi żółtkami, zaparzcie mocne espresso z dobrej jakości kawy, dolejcie prawdziwe amaretto lub dobry gatunkowo likier kawowy-ja preferuję Baileysa. I ostatnia rzecz-biszkopty. Podłużne tzw. Ladyfingers z wyraźnie zaznaczoną warstwą dolną i górną. Mają takie wyraźne zaznaczenie pośrodku, które świadczy o dobrych właściwościach absorpcyjnych espresso.
Ogólnie unikam słodyczy ale odkąd spróbowałam tego deseru w oryginalnej, Włoskiej wersji w Białce Tatrzańskiej ( mieszka tam przecudowny Włoch Italiano in Zakopane, który sprowadza Sycylię do Polski), totalnie odpłynełam na jego punkcie😀

 Tiramisu-wersja podstawowa na 4 porcje lub małe naczynie

- opakowanie serka mascarpone 250 g
- paczka włoskich biszkoptów
- 3wiejskie jaja
- 2 kubki mocnej kawy, zaparzonej np. z kawiarki
- 80 ml amaretto lub innego likieru kawowego
- 2 łyżki cukru brązowego

Wykonanie

Zaparzamy dwa kubki kawy i przelewamy do dużego naczynia, w którym wygodnie będzie nasączać biszkopty. Do kawy wlewamy połowę likieru i całość studzimy. Do dwóch misek oddzielamy żółtka od białek. W pierwszej kolejności ubijamy na sztywno białka z odrobiną soli. Następnie po umyciu widełek miksera, ubijamy żółtka z cukrem. Ważną czynnością jest ubicie żółtek na jasną, gęstą emulsję, w której cukier będzie niewidoczny. Ta czynność jest niezwykle istotna, może trwać nawet 10 min! Następnie do żółtek dodajemy mascarpone, mieszamy na słabych obrotach, dodajemy resztę likieru. Do tej masy dodajemy ubite białka - nie na odwrót! i bardzo delikatnie mieszamy łyżką, tak aby nadać puszystości całej masie, mieszamy w jednym kierunku, starając się nie rozbić powietrza w białkach. Do małych pucharków lub jednego większego naczynia ( często używam małego naczynia żaroodpornego), układamy warstwę nasączonych kawą biszkoptów, następnie kremu oraz biszkoptów. Kończymy warstwą kremu, który obsypujemy kawą i wiórkami czekolady. Rewelacyjnie w tej roli sprawdza się czekolada Lindt gorzka intense Orange ze skórką pomarańczy oraz migdałami.

Smacznego!

czwartek, 5 marca 2015

Muszlożercy łączmy się!

Ryby i owoce morza mogę jeść codziennie. Stanowią one podstawowe źródło białka w mojej diecie. Wiem, że zdania na temat jakości ryb w supermarketach są mocno podzielone ale gdyby tak podchodzić w ten sposób do tematu żywności to popadlibyśmy w paranoję....
Prawda jest  taka, że większość dostępnej teraz żywności jest naprawdę średniej jakości. I nie mówię tu o produktach tanich... Po części jesteśmy sami sobie winni, bo kupujemy taki chłam w ładnym opakowaniu, łasząc się na kolejne marketingowe zagrywki producentów.
Z uwagi na moje zainteresowania będę wkrótce opisywać produkty lokalne i ekologiczne warte uwagi i złotówek każdego konsumenta... A teraz do rzeczy..
Danie, które dziś przedstawiam jest szybkie i łatwe w przygotowaniu. A efekt? No sami zobaczycie:) Polecam na romantyczną kolację we dwoje- dla tych początkujących też. Ponieważ dźwięki towarzyszące przy jedzeniu są niezwykle zabawne, a nic tak nie łączy jak aromatyczna micha pysznych robali:)
Jako dodatki proponuję:
- pieczywo świeże- takie jak lubicie
- makaron- każdy rodzaj
- sałatę z winegretem na zagryzkę 
lub zupełnie NIC!
Danie pewnie pojawi się jeszcze parę razy na blogu w różnych modyfikacjach, ponieważ mule to niekończąca się możliwość przygotowania ciepłego posiłku w 10 min.
Ważna uwaga- nie wlewajcie byle jakiego wina do tego dania. To nieprawda, że do gotowania używamy słabej jakości wina- ze słabej jakości produktów wyjdzie po prostu słabej jakości danie. W przypadku tak prostej potrawy, jakość jest podstawą!

Moje ukochane mule

- 1 kg świeżych małży- bardzo dokładnie opłukanych pod bieżącą wodą
- 2 szt cebuli szalotki/ 1 zwykła cebula
- 3 gałązki selera naciowego, dodatkowo garść listków z gałązek
- pół fenkułu, in.kopru włoskiego (opcjonalnie)
- mała cukinia 
- 2-3 kieliszki wina białego- np. Pinot Grigio
- dobrej jakości oliwa
- odrobina wody
- 3-4 ząbki czosnku
- strączek chilli
- garść posiekanej natki pietruszki (opcjonalnie)
- pół łyżeczki cukru brązowego, szczypta kurkumy, duża szczypta soli morskiej

Wykonanie

Wszystko przygotowujemy w dużym garnku lub bardzo głębokiej patelni. Cebulę drobno kroimy i podsmażamy na oliwie, zasypujemy cukrem i czekamy aż delikatnie skarmelizuje. W między czasie siekamy chilli- do was należy decyzja o tym, czy zostawiamy pestki. Pamiętajcie, że to właśnie w nich jest moc!, kroimy drobno seler naciowy wraz z listkami,  fenkuł na paseczki oraz cukinię na połówki plasterków. Wszystko razem chwilkę podsmażamy i dodajemy opłukane małże i zalewamy winem oraz odrobiną wody- na 3 kieliszki wina, pół szklanki wody. Przeciskamy czosnek, dodajemy kurkumę i sól. Wszystko mieszamy drewnianą łyżką i przykrywamy na ok 8-10 min. W połowie gotowania, energicznie potrząsamy całym zakrytym garem/patelnią. Po ok 8 min wszystkie małże powinny się otworzyć, wyłączamy gaz, posypujemy pietruszką i pałaszujemy- z pieczywem, makaronem lub tak o, bez niczego:)
Smacznego!

P.S. nigdy nie jedzcie muszli, które pozostały zamknięte!